Kochani, dziś mija dokładnie rok, odkąd istnieje BKTN. ^^ To niesamowite, że piszę to opowiadanie tak długo. <3 Jest tu ktoś, kto był od samego początku?
A z okazji rocznicy: macie jakieś pytania? Z chęcią na nie odpowiem. (Oczywiście nie takie jak nazwisko czy gdzie mieszkam, ale na inne udzielę odpowiedzi ;) )
I małe info: next będzie troszkę opóźniony. Pewnie pojawi się we wtorek. Zostały nam do końca maksymalnie 4 rozdziały + Epilog.
Wera ;*
A gdyby wszystko potoczyło się inaczej? Gdyby Clary od początku wiedziała kim jest? Gdyby Jonathan nie miał demonicznej krwi? Gdyby Valentine nie nienawidził swojej córki? Co by było gdyby... Wszystkiego dowiesz się tu...
niedziela, 29 listopada 2015
To już rok!
niedziela, 22 listopada 2015
Rozdział 59
-Właź tu! - warknął chłopak wyglądający jak Jace, otwierając toporne drzwi.
-Chyba jaja sobie ze mnie robisz! - odkrzyknęła Isabelle, podnosząc dumnie brodę.
-Wejdź, albo coś złego stanie się twoim bliskim - zagroził jej. Oczy chłopaka zmieniły się w szpary. - Ostrzegam cię, Isabelle Lightwood.
Przełknęła ślinę. Nie mogła się poddać.
-Nie waż się brudzić mojego nazwiska, wymawiając je - odparła mu, patrząc mu nieugięcie w oczy i myśląc intensywnie. Co robić, co robić?
-Albo jesteś bardzo odważna, albo niesamowicie głupia, próbując się mi przeciwstawiać - skrzywił usta w niemiłym uśmiechu.
Wiem!, pomyślała. Nie tracąc czasu, kopnęła go stopą obutą w wysokie kozaczki na szpilkach w czułe miejsce.
Ryknął z bólu, kuląc się. Usatysfakcjonowana patrzyła na niego przez chwilę, a potem ruszyła korytarzem. Przynajmniej zamierzała, bo chwycił ją za kucyk i szarpnął do tyłu.
-Myliłem się - wycedził, podnosząc się znowu do wyprostowanej pozycji. - Jesteś jedną z najgłupszych osób, jakie spotkałem.
Zmrużyła groźnie oczy i zacisnęła na chwilę usta.
-Cóż, mogę przynajmniej wiedzieć, z kim mam do czynienia, zanim wepchniesz mnie do tego... - obejrzała się za siebie - ...cóż, lochu?
Chwycił ją brutalnie za nadgarstek, zbliżając twarz do jej twarzy.
-Coraz bardziej podoba mi się twój upór, Isabelle - skrzywiła się. - I gdy sytuacja skończy się na moją korzyść - a jestem pewien, że tak będzie - zagarnę cię dla siebie. Będziesz moja.
Wyszarpnęła dłoń, patrząc na niego z niesmakiem. A potem sama weszła do pomieszczenia.
-No już, zamknij mnie. - Rozłożyła ręce. - Wolę to, niż rozmawiać z tak psychopatyczną osobą jak ty.
Popatrzył na nią z błyskiem w oczach. Chwilę później wyciągnął z kieszeni klucz i chwycił za klamę od drzwi, powoli je zamykając.
-Mów mi Andrew, Isabelle. Wiesz, od dzisiaj jestem twoją przyszłością.
Jej serce załomotało jeszcze mocniej, niż do tej pory. Chcieć to sobie możesz, pomyślała.
Zamknął drzwi. Wzięła oddech, osuwając się po ścianie.
Wcale nie była zaskoczona, gdy dziesięć minut później wrzucono do jej więzienia jeszcze Aleca i Valentine'a. Prawdziwy szok poczuła wtedy, gdy chwilę po nich wpadli też Jonathan z Jace'em.
WAŻNE
Dzisiaj króciutko i tylko o Isabelle. No cóż, przed pisaniem tego rozdziału całkiem zmieniłam ciąg dalszy tej historii (nie, nie będzie więcej rozdziałów, do końca został mi tylko ten wątek). Ale podczas pisania uświadomiłam sobie, że prolog uniemożliwia mi mój nowy zamysł. Tak więc, zmieniłam go (dlatego dziś tylko tyle, muszę napisać jeszcze prolog od nowa). Teraz w prologu jest część oznaczona "-wersja pierwotna-" i "-wersja prawidłowa-". Więc jeśli chcecie zobaczyć, jak naprawdę wyglądał początek tej historii, zajrzyjcie tam. Cóż, nie obrażę się, jeśli wyrazicie pod nim swoje zdanie o jego nowej wersji.
Link do prologu - KLIK!
Link do prologu - KLIK!
niedziela, 15 listopada 2015
Rozdział 58
Po wyjściu dziewczęta schowały się za rogiem.
-Więc - zaczęła Clary, łapiąc uspokajający oddech - pozostaje tylko czekać nam, aż wyjdzie.
Izzy przytaknęła i załamała palce. Podeszła do drugiego końca ściany i wyjrzała za niego, a po jej twarzy rozlała się ulga.
-Idą - stwierdziła, spoglądając przez ramię na Clary. - Alec i twój tata.
Blondynka skinęła głową, obserwując w skupieniu drzwi frontowe. Po chwili otworzyły się, a ze środka wydostał się Jace. Rozejrzał się i, nie ujrzawszy nikogo, odszedł szybkim krokiem. Naciągnęła kaptur na głowę, by ukryć charakterystyczne jasne włosy i przywołała gestem resztę. Nie na mojej zmianie, pomyślała i ruszyła za Jace'em, a za nią jej przyjaciele i ojciec.
***
Blondyn stanął przed starym budynkiem, rozejrzał się jeszcze raz uważnie i wszedł do środka. Clary odczekała chwilę przecznicę dalej, by doszli do niej jej sprzymierzeńcy. Spojrzała na twarz każdego z osobna.
-Okay - powiedziała. Źle. Zadrżał jej głos, to nie powinno się stać. Powtórzyła więc z jeszcze większym naciskiem. - Okay. Wchodzimy tam.
Pokiwali głowami. Zacisnęła pięści i powieki. Chwilę potem zrobiła odwrotność tej czynności. Powoli, bez pośpiechu. Będzie dobrze, musi być dobrze, powtórzyła sobie i ruszyła ku nieuniknionemu.
***
Bała się. Naprawdę się bała, ale starała się to ukrywać. Przecież... Wszyscy umieją walczyć. Będzie dobrze, musi być dobrze, powtórzyła znów jak mantrę. Musi być dobrze.
Ostrożnie weszła do środka i podążyła korytarzem. Serce podpowiadało jej gdzie ma iść, by zobaczyć dwie drogie jej osoby. Miała nadzieję, że się nie myli.
Podeszła do zamkniętych drzwi, spod których, jak teraz zauważyła, wydobywało się nikłe światło i położyła dłoń na klamce. Kiwnęła głową na swojego ojca i przyjaciela, którzy trwali przy niej z rękami na mieczach przytwierdzonych do pasa. Zostańcie na straży, powiedziała do nich bezgłośnie, a potem machnęła do Isabelle ręką.
Będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze. Och, musi być dobrze.
Przyjaciółka ścisnęła jej palce. Miały teraz szansę ich uratować.
Clary pchnęła drzwi. Ich oczom ukazał się okropny widok. Dwa krzesła stały obok siebie a na nich - nie wiedziała nawet, czy jej oczy zaszkliły się z ulgi, czy ze strachu o chłopców - Jace i Jonathan. Przykuci, wymizerowani i brudni, ale żywi.
Nie podnieśli nawet oczu, by sprawdzić kto wszedł.
Nie miała pojęcia, do kogo podejść najpierw, ale Isabelle już podjęła decyzję. Podbiegła do Jonathana i objęła go mocno. Podniósł głowę, zdziwiony.
Clary dopadła do Jace'a sekundę po reakcji przyjaciółki. Padła przed nim na kolana i złapała go pod brodę, zmuszając do podniesienia wzroku.
Gdy spojrzał na nią, w jego zgaszone, złote oczy napłynęło więcej życia, pomieszanego z miłością, zaskoczeniem i nadzieją.
-Clary? - wyszeptał niedowierzająco.
Objęła jego policzki dłońmi i kciukami pogładziła kości policzkowe, niezwykle szczęśliwa. Dłonie jej drżały, prawie nic nie widziała przez rozmazujące wszystko łzy, ale to nie było ważne. Jace, jej Jace był tu razem z nią.
Przełknęła tkwiącą w gardle gulę, a jej usta wykrzywiły się w uśmiechu.
-Tak. Jesteśmy tu razem. Wszyscy.
-Cześć, siostrzyczko! - usłyszała cichy głos Jonathana. Uśmiechnęła się do niego czule.
-Brakowało nam was.
Jace odetchnął głęboko i wtulił na chwilę twarz w jej dłoń. A potem w jego wzroku pojawiło się coś
twardego, nieustępliwego.
-Clary, kochanie, musicie natychmiast stąd wyjść. - Zmarszczyła brwi. Nie tego się spodziewała. Należało rozwiązać ich i wyprowadzić bezpiecznie, a potem... Cóż, zamierzała policzyć się z osobą, która była na tyle głupia, by robić wszystkie te rzeczy.
-Nie pójdę nigdzie bez was. - Powoli zaczęła ogarniać ją panika. Zabrała dłonie z jego twarzy i przesunęła je na jego ramiona, ściskając mocno. Jej głos stał się piskliwszy. - Nie mogę znów was stracić!
-Skarbie, nie rozumiesz. Wszystko będzie okay. My jakoś damy sobie radę, ale wy musicie...
-Valentine. - Usłyszała kobiecy, metaliczny głos zza drzwi. - Naprawdę miło spotkać się ponownie, po tylu latach... - Rozległ się głuchy łomot padających na ziemię ciał, a do pokoju weszła jakaś kobieta, a wraz z nią niby-Jace. Wdarło się w nią przerażenie. - No proszę, Clarisso. Jak widzę, sama do mnie przyszłaś. Bierz ją - mruknęła do chłopaka, który ruszył w stronę Isabelle. Jace i Jonathan zaczęli wyrywać się z więzów, próbować wstać, ale najwyraźniej były przymocowane do ziemi. Darli się jeden przez drugiego, chcąc skupić na sobie ich uwagę - a może przyciągnąć kogoś z zewnątrz?
Wstała i stanęła przed krzesłem Jace'a. Kątem oka zauważyła, jak Isabelle broni się zaciekle przed tamtym chłopakiem.
-Nie dostaniesz żadnego z nas - oznajmiła zdecydowanie, sięgając do kieszeni płaszcza. Kobieta złapała ją brutalnie za włosy. Clary krzyknęła, ale zamachnęła się wyciągniętym sztyletem. Ostrze przecięło skórę kobiety na dłoni. Wykrzywiła się. A potem pociągnęła ją z fryzurę tak, że nie miała wyboru - klęknęła na ziemi. I choć wiła się i szarpała na wszystkie strony, nie mogła uwolnić blond kosmyków.
W jej umyśle pojawił się pomysł. Uciąć swoje włosy. Tak. Była wrażliwa na ich punkcie, stanowiły ważną część jej osobowości. Lecz gdy jej dłoń była centymetry od wymierzonego celu, kobieta chwyciła ją wolną ręką za nadgarstek. Clary, korzystając z okazji, próbowała wykręcić jej rękę, ale tamta przejrzała jej ruch. Cofnęła palce z nadgarstka dziewczyny i wyszarpnęła jej sztylet, odrzucając go w bok pokoju.
A potem Clary poczuła ukłucie na szyi. I chociaż walczyła z ogarniająca ją sennością z całej siły, nie mogła temu zapobiec. Powieki jej się zamykały, przerażone głosy jej brata i Jace'a cichły, szamotała się coraz bezradniej, tracąc pojęcie o otaczającej ją sytuacji.
Kobieta puściła jej włosy, gdy Clary upadła nieprzytomnie na ziemię.
-Och, moja droga. Już dawno was dostałam.
-Więc - zaczęła Clary, łapiąc uspokajający oddech - pozostaje tylko czekać nam, aż wyjdzie.
Izzy przytaknęła i załamała palce. Podeszła do drugiego końca ściany i wyjrzała za niego, a po jej twarzy rozlała się ulga.
-Idą - stwierdziła, spoglądając przez ramię na Clary. - Alec i twój tata.
Blondynka skinęła głową, obserwując w skupieniu drzwi frontowe. Po chwili otworzyły się, a ze środka wydostał się Jace. Rozejrzał się i, nie ujrzawszy nikogo, odszedł szybkim krokiem. Naciągnęła kaptur na głowę, by ukryć charakterystyczne jasne włosy i przywołała gestem resztę. Nie na mojej zmianie, pomyślała i ruszyła za Jace'em, a za nią jej przyjaciele i ojciec.
***
Blondyn stanął przed starym budynkiem, rozejrzał się jeszcze raz uważnie i wszedł do środka. Clary odczekała chwilę przecznicę dalej, by doszli do niej jej sprzymierzeńcy. Spojrzała na twarz każdego z osobna.
-Okay - powiedziała. Źle. Zadrżał jej głos, to nie powinno się stać. Powtórzyła więc z jeszcze większym naciskiem. - Okay. Wchodzimy tam.
Pokiwali głowami. Zacisnęła pięści i powieki. Chwilę potem zrobiła odwrotność tej czynności. Powoli, bez pośpiechu. Będzie dobrze, musi być dobrze, powtórzyła sobie i ruszyła ku nieuniknionemu.
***
Bała się. Naprawdę się bała, ale starała się to ukrywać. Przecież... Wszyscy umieją walczyć. Będzie dobrze, musi być dobrze, powtórzyła znów jak mantrę. Musi być dobrze.
Ostrożnie weszła do środka i podążyła korytarzem. Serce podpowiadało jej gdzie ma iść, by zobaczyć dwie drogie jej osoby. Miała nadzieję, że się nie myli.
Podeszła do zamkniętych drzwi, spod których, jak teraz zauważyła, wydobywało się nikłe światło i położyła dłoń na klamce. Kiwnęła głową na swojego ojca i przyjaciela, którzy trwali przy niej z rękami na mieczach przytwierdzonych do pasa. Zostańcie na straży, powiedziała do nich bezgłośnie, a potem machnęła do Isabelle ręką.
Będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze. Och, musi być dobrze.
Przyjaciółka ścisnęła jej palce. Miały teraz szansę ich uratować.
Clary pchnęła drzwi. Ich oczom ukazał się okropny widok. Dwa krzesła stały obok siebie a na nich - nie wiedziała nawet, czy jej oczy zaszkliły się z ulgi, czy ze strachu o chłopców - Jace i Jonathan. Przykuci, wymizerowani i brudni, ale żywi.
Nie podnieśli nawet oczu, by sprawdzić kto wszedł.
Nie miała pojęcia, do kogo podejść najpierw, ale Isabelle już podjęła decyzję. Podbiegła do Jonathana i objęła go mocno. Podniósł głowę, zdziwiony.
Clary dopadła do Jace'a sekundę po reakcji przyjaciółki. Padła przed nim na kolana i złapała go pod brodę, zmuszając do podniesienia wzroku.
Gdy spojrzał na nią, w jego zgaszone, złote oczy napłynęło więcej życia, pomieszanego z miłością, zaskoczeniem i nadzieją.
-Clary? - wyszeptał niedowierzająco.
Objęła jego policzki dłońmi i kciukami pogładziła kości policzkowe, niezwykle szczęśliwa. Dłonie jej drżały, prawie nic nie widziała przez rozmazujące wszystko łzy, ale to nie było ważne. Jace, jej Jace był tu razem z nią.
Przełknęła tkwiącą w gardle gulę, a jej usta wykrzywiły się w uśmiechu.
-Tak. Jesteśmy tu razem. Wszyscy.
-Cześć, siostrzyczko! - usłyszała cichy głos Jonathana. Uśmiechnęła się do niego czule.
-Brakowało nam was.
Jace odetchnął głęboko i wtulił na chwilę twarz w jej dłoń. A potem w jego wzroku pojawiło się coś
twardego, nieustępliwego.
-Clary, kochanie, musicie natychmiast stąd wyjść. - Zmarszczyła brwi. Nie tego się spodziewała. Należało rozwiązać ich i wyprowadzić bezpiecznie, a potem... Cóż, zamierzała policzyć się z osobą, która była na tyle głupia, by robić wszystkie te rzeczy.
-Nie pójdę nigdzie bez was. - Powoli zaczęła ogarniać ją panika. Zabrała dłonie z jego twarzy i przesunęła je na jego ramiona, ściskając mocno. Jej głos stał się piskliwszy. - Nie mogę znów was stracić!
-Skarbie, nie rozumiesz. Wszystko będzie okay. My jakoś damy sobie radę, ale wy musicie...
-Valentine. - Usłyszała kobiecy, metaliczny głos zza drzwi. - Naprawdę miło spotkać się ponownie, po tylu latach... - Rozległ się głuchy łomot padających na ziemię ciał, a do pokoju weszła jakaś kobieta, a wraz z nią niby-Jace. Wdarło się w nią przerażenie. - No proszę, Clarisso. Jak widzę, sama do mnie przyszłaś. Bierz ją - mruknęła do chłopaka, który ruszył w stronę Isabelle. Jace i Jonathan zaczęli wyrywać się z więzów, próbować wstać, ale najwyraźniej były przymocowane do ziemi. Darli się jeden przez drugiego, chcąc skupić na sobie ich uwagę - a może przyciągnąć kogoś z zewnątrz?
Wstała i stanęła przed krzesłem Jace'a. Kątem oka zauważyła, jak Isabelle broni się zaciekle przed tamtym chłopakiem.
-Nie dostaniesz żadnego z nas - oznajmiła zdecydowanie, sięgając do kieszeni płaszcza. Kobieta złapała ją brutalnie za włosy. Clary krzyknęła, ale zamachnęła się wyciągniętym sztyletem. Ostrze przecięło skórę kobiety na dłoni. Wykrzywiła się. A potem pociągnęła ją z fryzurę tak, że nie miała wyboru - klęknęła na ziemi. I choć wiła się i szarpała na wszystkie strony, nie mogła uwolnić blond kosmyków.
W jej umyśle pojawił się pomysł. Uciąć swoje włosy. Tak. Była wrażliwa na ich punkcie, stanowiły ważną część jej osobowości. Lecz gdy jej dłoń była centymetry od wymierzonego celu, kobieta chwyciła ją wolną ręką za nadgarstek. Clary, korzystając z okazji, próbowała wykręcić jej rękę, ale tamta przejrzała jej ruch. Cofnęła palce z nadgarstka dziewczyny i wyszarpnęła jej sztylet, odrzucając go w bok pokoju.
A potem Clary poczuła ukłucie na szyi. I chociaż walczyła z ogarniająca ją sennością z całej siły, nie mogła temu zapobiec. Powieki jej się zamykały, przerażone głosy jej brata i Jace'a cichły, szamotała się coraz bezradniej, tracąc pojęcie o otaczającej ją sytuacji.
Kobieta puściła jej włosy, gdy Clary upadła nieprzytomnie na ziemię.
-Och, moja droga. Już dawno was dostałam.
piątek, 13 listopada 2015
Rozdział 57
Proszę, abyście przeczytali notatkę pod rozdziałem.
-Jace? Jace, słyszysz mnie? - Do chłopaka powoli zaczęły docierać głosy. Zamroczony zamrugał i zaczekał, aż ostrość widzenia mu się wyostrzy. Chwilę później spostrzegł przed sobą twarz Jonathana. Rozejrzał się zdezorientowany po obcym pokoju i powoli zaczął przypominać sobie, gdzie jest.
-Słyszę - skrzywił się, czując ostry ból głowy. - Co się działo, gdy byłem nieprzytomny?
-Ten chłopak, Andrew, gdzieś poszedł. Natomiast kobieta zostawiła nas tak, jak byliśmy - zerknął za siebie, na swoje związane ręce - i wyszła. Nie wiem, co będzie dalej - westchnął.
Jace zastanawiał się przez chwilę, a potem jego oczy rozszerzyły się z przerażenia.
-Ona powiedziała, że Andrew będzie moim mną... A jeśli poszedł do waszego domu?
-Cóż - powiedział nienaturalnie spokojnie Jonathan, ale w jego głosie wybrzmiała skrywana histeria - pozostaje nam mieć nadzieję, że nasi bliscy są niesamowicie spostrzegawczy.
***Dwa dni później***
-Izzy, Alec - powiedziała cicho Clary, wyglądając przez szparę w drzwiach. - Wychodzi. Czas zacząć.
Przyjaciółka podeszła do niej. Wymieniły spojrzenia i wyszły na korytarz, uśmiechając się od ucha do ucha.
-Cześć, Jace! - krzyknęła wesoło brunetka, machając torebką.
Przystanął, a potem powoli odwrócił się.
-Hej, dziewczyny! - Na jego twarz wypłynął sztuczny uśmiech, gdy objął Clary ramieniem. Ukryła złość. To nie był on, widziała to jak na dłoni. Mimo to zmusiła się do radosnego wyrazu twarzy. - Gdzie idziecie?
-Och, no wiesz, na zakupy! - Isabelle ani na chwilę nie wypadła z roli.
-Uznałyśmy, że pora się odstresować. Mojego brata porwano, a od tego myślenia o tym cały czas mam wrażenie, że zwariuję. Może po tym wpadniemy na coś genialnego - dopowiedziała Clary, starając się brzmieć beztrosko.
-To w sumie niezły pomysł - stwierdził niby-Jace. - Gdzie Alec?
-Ktoś o mnie mówił? - Młody Lightwood wyszedł ze swojego pokoju.
-Tak, ja. Masz jakieś plany na dziś?
-Wiesz, zamierzałem potrenować. Chcesz, możesz do mnie dołączyć - spojrzał na niego, wzruszając ramionami. Popatrzył na dziewczyny kątem oka, a one niemal niezauważalnie kiwnęły mu głową. Tak, na razie wszystko robimy dobrze.
-Nie, dzięki. Zamierzałem się przejść.
-Możesz iść z nami do miasta! - zakrzyknęła Isabelle.
Niby-Jace pokręcił głową. Przez chwilę na jego twarzy widniał grymas zdenerwowania, ale potem się rozchmurzył.
-Nie. Chciałem spotkać się za starym znajomym. Ale dzięki za propozycję - uśmiechnął się krzywo.
-Cóż, jak chcesz. - Clary wzruszyła ramionami - Chodź, Izzy, idziemy. - Pociągnęła za sobą przyjaciółkę, kierując się do wyjścia. - Pa, chłopaki!
-Cześć - Alec ruszył do sali treningowej, a Jace został na korytarzu.
Jest ten zaległy rozdział! Następny? - Uhm, niedziela. Co jeszcze?
Ach, tak. Założyłam konto na Wattpadzie i gdy tylko przestanę się nim jarać, zacznę publikować BKTN też tam. Więc jeśli ktoś z was pisze na Wttp, podajcie nazwy czy coś. Zajrzę, przeczytam skomentuję. ;) (Jeśli skomentujecie pierwszy raz i to tylko po to, by się zareklamować, nie zajrzę. Nie chcę komentarzy typu "Świetny blog, fajnie piszesz, zapraszam na mojego Wttp." To chamskie i równoznaczne ze spamem)
Jeszcze jedno. Do końca opowiadania przewiduję prawdopodobnie nie więcej niż 7 rozdziałów + Epilog. Zależy, jakiej będą długości. Tak czy siak, BKTN zostanie zakończone do końca grudnia.
Wera ;*
wtorek, 10 listopada 2015
Kiedy rozdział?
Hej. Wiem, że w weekend nic nie dodałam, ale to przez to, że mam problemy z netem. Mianowicie: nie chce mi działać w laptopie, a rozdział mam zapisany w Wordzie. Cóż, cały czas próbuję, więc dodam go wtedy, kiedy to będzie możliwe. ;)
To oczywiście nie znaczy, że w okresie piątek-niedziela nie pojawi się coś nowego. Po prostu w tym tygodniu będą dwa rozdziały. ;)
W.
sobota, 31 października 2015
Rozdział 56
Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni. Kto ostatnio oglądał Miasto Kości na TVN? Czy tylko mnie załamał ten lektor? Wesołego Halloween dla tych, co obchodzą (ja tego nie robię, bo 1. po co naśladować Amerykanów, mamy własne tradycje, i 2. jestem katoliczką i nie obchodzę takich rzeczy).
Liczę na wasze opinie.
Po pożegnaniu się z Harleyem Jace zamierzał wrócić do rezydencji. Był blady i nadal czuł się trochę niepewnie po utracie krwi ale wiedział, że dzięki świeżo wypalonym na ciele runom uzdrawiającym dość szybko wróci do normy. Powoli zapadał zmierzch, słońce chowało się za horyzontem i Jace stwierdził, że musi być dość późno. W końcu było lato.
Powłóczył nogami, rozglądając się wokół. Dzieci wciąż biegały, bawiąc się drewnianymi mieczami w dorosłych wojowników, kilkoro dorosłych siedziało niedaleko nich - jak podejrzewał, byli to ich rodzice - rozmawiając o czymś zażarcie. Kilka metrów dalej zobaczył trzy nastolatki, spoglądające na niego i chichoczące. Przewrócił oczami. Jakby nie miały nic innego do roboty.
Nagle coś wpadło na jego nogi z impetem i objęło je na wysokości kolan, by otrzymać równowagę. Jak nietrudno się domyślić, był to jeden z zajętych zabawą chłopców. Nawet nie patrząc na blondyna, dziecko oderwało się od niego i przeprosiło pospiesznie, wracając do kolegów.
Szedł dalej, stopniowo odzyskując pełnię sił. Przez ostatnie piętnaście minut zrobiło się niemal całkowicie ciemno. Wyszedł z centrum Alicante, biorąc kierunek na jego wschodni koniec, kierując się do domu Morgensternów.
Był bardzo zatopiony w myślach, przechodząc przez jakąś opuszczoną dzielnicę i nie zwróciłby na nią większej uwagi, gdyby nie słaby błysk światła przedostającego się przez uchylone drzwi w jednym ze starych domów, przykuwający jego wzrok. Wszedł powoli do środka, rozglądając się czujnie i uważając, jak stawia stopy. Mimo jego wielkich chęci deski skrzypiały pod ciężarem chłopaka, irytując go. Wszędzie zalegał kurz, przez dawno nie myte okna prawie nic nie było widać. Kierował się coraz głębiej, w stronę, z której spodziewał się źródła światła. Czym bliżej był celu, wyraźniej słyszał odgłosy szamotaniny. Jace odruchowo położył dłoń na rękojeści wetkniętego za pas miecza.
Gdy w końcu przekroczył próg pomieszczenia, z którego wydobywał się nikły blask -przypuszczał, że to świeca - jedna rzecz rzuciła mu się w oczy. Szamoczący się na krześle związany Jonathan i stojący za nim chłopak, uśmiechający się szyderczo do przybysza. Ale nie to go uderzyło; chłopak był łudząco podobny do Jace'a. Te same rysy twarzy, kolor oczu i włosów. Herondale zatoczył się do tyłu, a brat Clary podniósł wzrok. W jego oczach błysnęło jeszcze większe przerażenie i rozpacz.
-Jace, musisz uciekać! - wrzasnął Jonathan, daremno próbując się uwolnić. Ale on oszołomionym i nieprzytomnym wzrokiem spojrzał na Jonathana, a potem z powrotem przeniósł wzrok na chłopaka, patrzącego na niego z jakąś złośliwą satysfakcją. Kim on był? Dlaczego wyglądał jak on sam?
Jonathan wydał zdławiony okrzyk.
-Uważaj!... - Jace nagle oprzytomniał. Chciał się odwrócić, ale nie zareagował dostatecznie szybko. Poczuł silne uderzenie w tył głowy i padł na podłogę czując, jak z jego głowy skapuje coś ciepłego. Zamroczyło go i wiedział, że nie zdoła długo utrzymać przytomności. Ostatnie, co zarejestrował jego umysł to kobiecy głos, przesączony jadem i fałszywą słodyczą.
-Cześć, Jace. Poznaj Andrew. Od dziś będzie tobą.
***
-Isabelle, gdzie on jest? Nie ma go tak długo. A jeśli coś mu się stanie? - Clary nerwowo chodziła po pokoju przyjaciółki.
-Przestań się tak martwić - zgasił ją siedzący na parapecie Alec. - Nic mu się nie stanie. Niedługo wróci, zobaczysz.
-Na pewno - pokiwała głową Isabelle. - Zrobił w życiu mnóstwo głupich rzeczy, ale ma świetny refleks i dobrze walczy. Coś musiałoby go naprawdę oszołomić, żeby nie dał rady się wybronić. Siadaj - poklepała miejsce obok siebie na łóżku. - Pogadamy na jakiś luźniejszy temat i przyjdzie tu, zanim się obejrzysz. Jeszcze będzie się śmiał z tego, że się martwiliśmy.
Clary westchnęła ciężko, ale posłuchała przyjaciółki, siadając. Podkuliła kolana i objęła nogi rękoma, kładąc brodę na kolanach.
-Uhm. Pewnie macie rację. Ale tyle się ostatnio dzieje, że chyba mam prawo być zaniepokojona.
-Oczywiście, że masz - Isabelle pokiwała głową. - Alec? Mógłbyś iść zrobić herbatę? Najlepiej z miodem i dużą ilością cytryny.
Brunet uniósł rozbawiony brew.
-Dla ciebie?
Jego siostra prychnęła cicho.
-Nie, dla Clary. Chociaż przy okazji, możesz zrobić i mi. Ja w tym czasie spróbuję ją jakoś uspokoić.
-Eh, niech ci będzie - przeciągnął się jak kot i zeskoczył z parapetu. - Ale wisisz mi przysługę.
Już zamierzał otworzyć drzwi, gdy do pokoju ktoś wszedł. Clary odruchowo podniosła wzrok. Gdy zobaczyła, kto to, natychmiast zeskoczyła z łóżka i podeszła do niego.
-Jace, idioto! Wiesz jak ja się martwiłam?! Jest po jedenastej! Po tym wszystkim, co się stało, mógłbyś chociaż napisać, że nie wrócisz wcześnie! - krzyknęła, dopiero po chwili przyglądając mu się uważniej. Zaskoczył ją jego chłodny spokój. Jakby kalkulował sytuację.
-Kobieto, nie jesteś moją matką - mruknął cicho, a potem uśmiechnął się, ale tak jakoś... inaczej. Oczy się nie śmiały, nie było w nich tych iskierek co zawsze, gdy był w jej obecności. - Wszystko jest przecież okay. - Przyciągnął ją do siebie, a ona niepewnie objęła go ramionami. Coś jej tu nie pasowało. Odsunęła się i zlustrowała go wzrokiem, kładąc dłonie na biodrach.
-Dlaczego jesteś inaczej ubrany? - Skrzywił się i popatrzył na swój strój.
-W Alicante jakichś dwóch chłopców się pobiło. Musiałem ich rozdzielić, a było sporo krwi. Jeden z nich miał rozwalony nos i się ubrudziłem. Wiedziałem, że możesz się bać, więc przebrałem się, żeby nie zrobić ci jeszcze większej paniki. Coś jeszcze? - Roześmiał się sztucznie i rozłożył ręce.
Tak, pomyślała, mam jeszcze wiele pytań. Ale nic nie powiedziała. Zamiast tego westchnęła i ponownie pozwoliła się objąć. Wersja z dziećmi była naciągana, wiedziała o tym. Przecież wtedy nie musiałby zmieniać wszystkiego w swoim ubiorze. Spojrzała w dół i w oczy rzuciły jej się adidasy chłopaka. Zmarszczyła brwi. Jace takich nie ma. Nadal jednak milczała, wymieniając zaniepokojone spojrzenia ze zdezorientowanymi Lightwoodami. Coś tu nie grało. A ona miała zamiar dowiedzieć się, co.
Liczę na wasze opinie.
W.
Po pożegnaniu się z Harleyem Jace zamierzał wrócić do rezydencji. Był blady i nadal czuł się trochę niepewnie po utracie krwi ale wiedział, że dzięki świeżo wypalonym na ciele runom uzdrawiającym dość szybko wróci do normy. Powoli zapadał zmierzch, słońce chowało się za horyzontem i Jace stwierdził, że musi być dość późno. W końcu było lato.
Powłóczył nogami, rozglądając się wokół. Dzieci wciąż biegały, bawiąc się drewnianymi mieczami w dorosłych wojowników, kilkoro dorosłych siedziało niedaleko nich - jak podejrzewał, byli to ich rodzice - rozmawiając o czymś zażarcie. Kilka metrów dalej zobaczył trzy nastolatki, spoglądające na niego i chichoczące. Przewrócił oczami. Jakby nie miały nic innego do roboty.
Nagle coś wpadło na jego nogi z impetem i objęło je na wysokości kolan, by otrzymać równowagę. Jak nietrudno się domyślić, był to jeden z zajętych zabawą chłopców. Nawet nie patrząc na blondyna, dziecko oderwało się od niego i przeprosiło pospiesznie, wracając do kolegów.
Szedł dalej, stopniowo odzyskując pełnię sił. Przez ostatnie piętnaście minut zrobiło się niemal całkowicie ciemno. Wyszedł z centrum Alicante, biorąc kierunek na jego wschodni koniec, kierując się do domu Morgensternów.
Był bardzo zatopiony w myślach, przechodząc przez jakąś opuszczoną dzielnicę i nie zwróciłby na nią większej uwagi, gdyby nie słaby błysk światła przedostającego się przez uchylone drzwi w jednym ze starych domów, przykuwający jego wzrok. Wszedł powoli do środka, rozglądając się czujnie i uważając, jak stawia stopy. Mimo jego wielkich chęci deski skrzypiały pod ciężarem chłopaka, irytując go. Wszędzie zalegał kurz, przez dawno nie myte okna prawie nic nie było widać. Kierował się coraz głębiej, w stronę, z której spodziewał się źródła światła. Czym bliżej był celu, wyraźniej słyszał odgłosy szamotaniny. Jace odruchowo położył dłoń na rękojeści wetkniętego za pas miecza.
Gdy w końcu przekroczył próg pomieszczenia, z którego wydobywał się nikły blask -przypuszczał, że to świeca - jedna rzecz rzuciła mu się w oczy. Szamoczący się na krześle związany Jonathan i stojący za nim chłopak, uśmiechający się szyderczo do przybysza. Ale nie to go uderzyło; chłopak był łudząco podobny do Jace'a. Te same rysy twarzy, kolor oczu i włosów. Herondale zatoczył się do tyłu, a brat Clary podniósł wzrok. W jego oczach błysnęło jeszcze większe przerażenie i rozpacz.
-Jace, musisz uciekać! - wrzasnął Jonathan, daremno próbując się uwolnić. Ale on oszołomionym i nieprzytomnym wzrokiem spojrzał na Jonathana, a potem z powrotem przeniósł wzrok na chłopaka, patrzącego na niego z jakąś złośliwą satysfakcją. Kim on był? Dlaczego wyglądał jak on sam?
Jonathan wydał zdławiony okrzyk.
-Uważaj!... - Jace nagle oprzytomniał. Chciał się odwrócić, ale nie zareagował dostatecznie szybko. Poczuł silne uderzenie w tył głowy i padł na podłogę czując, jak z jego głowy skapuje coś ciepłego. Zamroczyło go i wiedział, że nie zdoła długo utrzymać przytomności. Ostatnie, co zarejestrował jego umysł to kobiecy głos, przesączony jadem i fałszywą słodyczą.
-Cześć, Jace. Poznaj Andrew. Od dziś będzie tobą.
***
-Isabelle, gdzie on jest? Nie ma go tak długo. A jeśli coś mu się stanie? - Clary nerwowo chodziła po pokoju przyjaciółki.
-Przestań się tak martwić - zgasił ją siedzący na parapecie Alec. - Nic mu się nie stanie. Niedługo wróci, zobaczysz.
-Na pewno - pokiwała głową Isabelle. - Zrobił w życiu mnóstwo głupich rzeczy, ale ma świetny refleks i dobrze walczy. Coś musiałoby go naprawdę oszołomić, żeby nie dał rady się wybronić. Siadaj - poklepała miejsce obok siebie na łóżku. - Pogadamy na jakiś luźniejszy temat i przyjdzie tu, zanim się obejrzysz. Jeszcze będzie się śmiał z tego, że się martwiliśmy.
Clary westchnęła ciężko, ale posłuchała przyjaciółki, siadając. Podkuliła kolana i objęła nogi rękoma, kładąc brodę na kolanach.
-Uhm. Pewnie macie rację. Ale tyle się ostatnio dzieje, że chyba mam prawo być zaniepokojona.
-Oczywiście, że masz - Isabelle pokiwała głową. - Alec? Mógłbyś iść zrobić herbatę? Najlepiej z miodem i dużą ilością cytryny.
Brunet uniósł rozbawiony brew.
-Dla ciebie?
Jego siostra prychnęła cicho.
-Nie, dla Clary. Chociaż przy okazji, możesz zrobić i mi. Ja w tym czasie spróbuję ją jakoś uspokoić.
-Eh, niech ci będzie - przeciągnął się jak kot i zeskoczył z parapetu. - Ale wisisz mi przysługę.
Już zamierzał otworzyć drzwi, gdy do pokoju ktoś wszedł. Clary odruchowo podniosła wzrok. Gdy zobaczyła, kto to, natychmiast zeskoczyła z łóżka i podeszła do niego.
-Jace, idioto! Wiesz jak ja się martwiłam?! Jest po jedenastej! Po tym wszystkim, co się stało, mógłbyś chociaż napisać, że nie wrócisz wcześnie! - krzyknęła, dopiero po chwili przyglądając mu się uważniej. Zaskoczył ją jego chłodny spokój. Jakby kalkulował sytuację.
-Kobieto, nie jesteś moją matką - mruknął cicho, a potem uśmiechnął się, ale tak jakoś... inaczej. Oczy się nie śmiały, nie było w nich tych iskierek co zawsze, gdy był w jej obecności. - Wszystko jest przecież okay. - Przyciągnął ją do siebie, a ona niepewnie objęła go ramionami. Coś jej tu nie pasowało. Odsunęła się i zlustrowała go wzrokiem, kładąc dłonie na biodrach.
-Dlaczego jesteś inaczej ubrany? - Skrzywił się i popatrzył na swój strój.
-W Alicante jakichś dwóch chłopców się pobiło. Musiałem ich rozdzielić, a było sporo krwi. Jeden z nich miał rozwalony nos i się ubrudziłem. Wiedziałem, że możesz się bać, więc przebrałem się, żeby nie zrobić ci jeszcze większej paniki. Coś jeszcze? - Roześmiał się sztucznie i rozłożył ręce.
Tak, pomyślała, mam jeszcze wiele pytań. Ale nic nie powiedziała. Zamiast tego westchnęła i ponownie pozwoliła się objąć. Wersja z dziećmi była naciągana, wiedziała o tym. Przecież wtedy nie musiałby zmieniać wszystkiego w swoim ubiorze. Spojrzała w dół i w oczy rzuciły jej się adidasy chłopaka. Zmarszczyła brwi. Jace takich nie ma. Nadal jednak milczała, wymieniając zaniepokojone spojrzenia ze zdezorientowanymi Lightwoodami. Coś tu nie grało. A ona miała zamiar dowiedzieć się, co.
niedziela, 25 października 2015
Rozdział 55
-Więc, Harley... - zaczął Jace. - Brata mojej dziewczyny porwano. I ty jako jedyny możesz mieć pojęcie kto za tym stoi.
Jego towarzysz odchylił się do tyłu, krzywiąc się i krzyżując ręce na klatce piersiowej.
-Eh. Nie lubię udzielać informacji na takie tematy. - Mruknął coś pod nosem niezadowolony. - Jak mają na nazwisko?
-Morgenstern.
Harley zakrztusił się herbatą.
-Ta Morgenstern?! Gratuluję, stary. Nawet nie wiesz, jak...
-Hej! - Jace uniósł ręce. - Opanuj się. Przyszedłem w konkretnym celu.Więc?
-To Łowczyni. Logiczne, inaczej w żaden sposób nie pojawiła by się w Idrysie. Jeśli zabrała mu syna, musi mieć ważny powód, więc zapewne ma z Valentine'em na pieńku. O coś się pokłócili czy stało się coś, czego ona mu nie wybaczyła. A teraz pewnie trzyma go w dość oczywistym miejscu, bo będziecie go szukać w tych trudnych do dostania się.
Jace zmarszczył brwi.
-Skąd to wszystko wiesz?
Harley parsknął śmiechem.
-Po prostu myślę logicznie. W tym temacie nie było żadnych informacji, ktoś musi tego pilnie strzec. Co do płci... Och, chyba cały Idrys wie, że żonę Valentine'a zabiła zamaskowana kobieta, o ile jej strój można nazwać zamaskowaniem się. - Uśmiechnął się złośliwie. - Gdybyś poświęcił minutkę na posklejanie tego, nie potrzebowałbyś mojej pomocy. A teraz zapłata, tak?
-Na to wygląda - skrzywił się Jace. - Chodź za lokal.
***
Sytuacja Harleya była dość skomplikowana. Jego rodzice byli szczęśliwym małżeństwem. Gdy jego matka była z nim w ciąży, została ugryziona przez wampira. Jego ojciec był wielkim tradycjonalistą i nie znosił Podziemnych. Gdy się o tym dowiedział, kazał poprzecinać ich Runy Małżeństwa, po czym od niej odszedł. Kobieta - będąca już w tamtym czasie wampirzycą - urodziła chłopca, któremu dała imię po ojcu - Harley, ponieważ nadal w głębi serca kochała mężczyznę. Dziecko rozwijało się prawidłowo, miało jedną wadę: miało zdolności i Nocnego Łowcy i wampira. Dlatego, chociaż chłopak nie potrzebował pić krwi, robienie tego dawało mu przyjemność.
***
Gdy stanęli w odosobnionym miejscu, Harley spojrzał na niego niepewnie.
-Naprawdę mogę?
-No już, umawialiśmy się - Jace podetknął mu nadgarstek pod nos. - Jedno Iratze i wszystko będzie okay.
Chłopak spojrzał na niego jeszcze raz, nie do końca przekonany, a blondyn uniósł wyczekująco brwi.
Towarzyszący mu brunet wziął głęboki oddech, ujął jego nadgarstek, a następnie zatopił w nim zęby.
Krótko, krótko, krótko. Wiem. Ale nie miałam za dużo czasu. W następnym postaram się jakoś zrehabilitować. Komentujcie, Miśki. ;*
W.
Subskrybuj:
Posty (Atom)